Człowiek z Hawru

Kiedy byłam dzieckiem, na ścianie mojego pokoju wisiała amatorska kopia słynnych Słoneczników – namalowana dość nieudolnie, jednak z dobrym wyczuciem koloru . Tło i rama, otaczające przygaszoną żółtość bukietu, były bardzo niebieskie. Leniwie obserwowane przed snem – błękit i słoneczny żółty – wyciszały i rozmarzały. I tak mi  zostało – ten zestaw kolorów nieodmiennie wzrusza i uspokaja.

Dlatego z zachwytem przyjęłam grę w kolory reżysera filmu (Aki Kaurismäki) – błękitne tło we wszystkich odcieniach morza, w każdej scenie na nowo kontrastowane z ciepłą gamą szczegółu – od żółtego, przez rudy, do ostrej czerwieni.

LeHavre

Od pierwszej sceny polubiłam także głównego bohatera – delikatnego starszego pana o twarzy Bustera Keatona i eleganckich, powściągliwych ruchach zdradzających, że nie zawsze był pucybutem. Przywiązując się do niego, czułam rosnący niepokój – bo schemat, którego podświadomie oczekujesz, widząc wrażliwego człowieka zepchniętego na najniższą społeczną półkę to nawarstwiające się kopniaki losu, nieczułość ludzi i zmaganie się z upokorzeniami.

Coś tu  jednak od początku było nie tak. Prawości bohatera towarzyszyło ubóstwo i skromna codzienność – ale nie osamotnienie. Otaczała go aura lekkiej melancholii, ale nie depresji. A przede wszystkim – najprościej rzecz ujmując – otaczali go dobrzy ludzie. Ba! Dobrzy ludzie – ale co to znaczy? Nie wdając się w definicje i normatywne opisy, zaznaczę, że wierzę w ludzką dobroć, ale nie dzielę ludzi na dobrych i złych. Ludzie są wszak skomplikowani, niestali, ich dobroć zależy od humoru, zbiegu okoliczności, przypływu woli. I tacy też są “ludzie z Hawru”, a jeśli mówię: dobrzy ludzie, mam na myśli raczej to, że ich wspólnota, panujące w niej zwyczaje, codzienne rytuały – sprzyjają dobru.

Marcel Marx (André Wilms) and Claire (Elina Salo) Marcel Marx (A

Jakie zwyczaje? Krótkie, ale uważne wzajemne pozdrowienia, upodobanie do niespiesznej pogawędki, czasem odwaga szczerego pytania czy zwierzenia w “cafe-barze”. Drobne ale sumienne gesty życzliwości, a czasem – zwłaszcza kiedy komuś wiedzie się gorzej – szczodrości i solidarności. Czemu z tym wszystkim film nie razi naiwnością, ale raczej zaskakuje?  Nawet wtedy, gdy powtarzające  się małe codzienne akty dobrej woli przeważają szalę zła i dzieje się cud? I nagle pojmujesz – że wszechobecny błękit nie jest tylko formalną estetyczną zabawką albo zabiegiem ilustrującym nadmorskość Hawru.

Oto autor filmu na swój sposób opowiada nam o Niebie – tym miejscu wytchnienia i harmonii, do którego wszyscy tęsknimy, ale które zwykle mgliście sobie wyobrażamy. Podobnie jak nieuważnie słuchani przez nas mistycy i prorocy, Kaurismaki pokazuje, że Królestwo Niebieskie, choć nie jest z tego świata, może być na ten świat przywołane. Może zaistnieć w przestrzeni między ludźmi: przyjaciółmi, sąsiadami, nieznajomymi a nawet zupełnie obcymi, których prymitywny instynkt każe postrzegać jak intruzów. Ten instynkt, racjonalizowany, przybiera postać przepisów prawa, ideologii, nadludzkiego porządku – ale to wszystko mieści się w prostackiej logice walki o swoje. Poza nią jest tylko Człowieczeństwo, rozumiane jako coś, co ludzie dopiero mogliby zbudować – gdyby budowali wspólnie.

Prostej i pięknej wizji wspólnoty oraz sielankowemu zakończeniu towarzyszy ukryta ironia – to przecież nic trudnego, to mogłoby być, jest na wyciągnięcie ręki, a jednak cholernie nierealne – równie nierealne i rzadkie jak biblijne i mityczne cuda, które się “zdarzają, ale nie w naszej dzielnicy”.

LH-4

2 responses

  1. Dziękuję za recenzję, “Człowiek z Hawru” to opowieść, która cudem przemyka pomiędzy nadmiarem sentymentalizmu, schematyzmem i banałem. Wystarczyłoby, że reżyser był mniej uzdolniony i skończyłoby się klapą. Trzeba Kaurismaki i jego apoteozy kruchych cudów codzienności, żeby taki film się udał. Pasuje tu, może odrobinę patetyczna przypowieść o Heraklicie: Przybywający do niego goście spodziewali się zastać wielkiego myśliciela dostojnie skupionego na tym, co najważniejsze. A zastali zmarzniętego, owiniętego w derkę człowieka, trywialnie grzejącego się przy piecu. I tym, którzy się spodziewali nie wiadomo czego, mądry Heraklit opowiedział: „Tu też są bogowie”.

    1. Tak, w tym jest Niebo – że ktoś zadał sobie trud rozpalenia w piecu, by ktoś inny mógł ogrzać stare kości i może medytować nad tym z wdzięcznością;) Swoją drogą – jaki ten Heraklit podobny do włóczęgów zen, z ich miseczką, śmiechem rozbrajającym to nasze “oczekiwanie nie wiadomo czego”…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: