Tęsknota

Jeśli krążący po mieście ludzie są żywym krwiobiegiem tego świata – to tym, co w nim żyje i krąży, co go wypełnia – jest tęsknota.

I każdy z nas z osobna żyje, prawdziwie istnieje dzięki swojej tęsknocie – jego najgłębsze, niedostosowane do świata, ukryte „ja” jest przez nią napędzane jak przez kosmiczne paliwo.  To ona uruchamia te wszystkie sny, zamyślenia i zaniemyślenia, zaniechania i nagłe chęci, które tworzą jedyną w swoim rodzaju tkankę naszej osoby.

Czym jest? Spróbuj ją opisać, zanim odważysz się naprawdę poczuć – czym jest dla Ciebie?  To zwykłe niezwykłości, o których wstyd nawet wspominać: stłumiona miłość, zaniechane marzenie, wspomnienie, że się straciło – nawet kiedy to, co utracone już opłakaliśmy i przeboleliśmy. Cicha niezgoda na własną samotność, ciągłe bezradne próby przeniknięcia tam, na drugą stronę ściany czyjegoś ciała, tej ściany płaczu, za którą serce postukuje, jeszcze…

Poczuj ją choćby czasami – wciągnij w płuca jak wiatr od morza…Zobacz, jak zmienia kolory i kształt rzeczy – przez jej szkiełko widzisz tak, jak wtedy, na początku – każda rzecz delikatnie promieniuje nierozwiązaną zagadką, otacza się mgiełką znaczenia…

Idź przez miasto pod ramię ze swoją tęsknotą i przyglądaj się innym ludziom jak braciom, w których krąży ta sama krew. Oni też miewają te zawstydzające ściśnięcia serca i hołubią dziecinną nadzieję — że uda się znaleźć zapodziany kawałek układanki i ktoś wróci, siądzie spokojnie przy nas. Będziemy razem, bez słowa świętować wspólną obecność, teraz już pewni, że nie ma nic ponad to.

Subiektywnie najpiękniejszy wiersz o Tym

“Na śmierć Esteriny
deportowanej przez hitlerowców
Wenecjanki”

I
Po twych warkoczach mógłbym wejść do nieba
i nagle co? Zasłona.
Serce uciekło ci jak mysz czerwona,
nawet nie rzekło “przebacz”.

Po cóż mi było ciułać moją wiedzę?
Szarpię cię: – Powiedz, po co? –
Świeczka dogasa. Brzask blisko. Siedzę
nad trupem twoim nocą.

Bo wskrzesić cię nie mogę. Rozumiesz?
Cień padł na twą urodę.
Nawet wody nie chcesz. Nie rozumiesz.
Z ciemnych rzek czerpiesz wodę.

Już gdzie indziej twoje oko błyska
błyskawicą szmaragdową,
kiedy idziesz przez podziemne grzęzawiska
a trzciny szumią za tobą.

A tu za oknem bór jak udręka
wciąż rosnąca, komu potrzebna?
I ptaki stoją na sękach,
nieruchome, głupie, jak z drewna.

II
Jeśli kiedy spotkam twoją matkę,
powiem, żem cię pogrzebał –
że nosiłaś uczesanie gładkie
i warkocze, co sfrunęły z nieba;

że rzuciłem raz kwiat konwalii
do twych stóp wąskich i bosych –
żeśmy, gnój ładując, rozprawiali
o Pietrzynce, pajacyku długonosym.

III
Ty się, lesie, ze mną pogrąż w rozpacz,
ty, dębino, brzezino, buczyno –
dziuro w bucie, ty się także rozpłacz
nad umarłą, nad piękną Esteriną!

Ptaszki szklane, drewniane jelenie,
fajansowe, skrzydlate zające,
pomagajcież mi rzucać ziemię,
wstrętną ziemię na usta pachnące.

Dzień nadchodzi. Deszcz konary obmył.
Rzeka bólu płynie i bełkocze.
Nuże, braciszkowie, zakopmy
ręce, usta, oczy i warkocze.

Konstanty Ildefons Gałczyński
1948

Gała                                     hofman2

Ida

W piątek widziałam “Idę” Pawlikowskiego i – żebym się nie wiem jak opierała – bo przecież nie chcę, żeby mi się podobało to, co zostało do podobania podane – musiałam się zachwycić.

Poczułam też zazdrość w imieniu tych twórców, którzy bardzo pragnęli trafić na  ukrytą ścieżkę wydeptaną przez Bergmana. Moim zdaniem, mało kto zbliżył się do bergmanowskiego poziomu filmowej opowieści tak, jak Pawlikowski – tzn. mało kto opowiedział świat z taką spójnością treści i formy, podporządkowanych raczej upartej wierności swoim poczuciom niż chęci przykucia uwagi widza. Która to wierność – paradoksalnie – sprawia, że widz jest nie tyle zajmowany opowieścią, ile wprowadzany w trans, precyzyjnie hipnotyzowany, jak tańcem Salome, chyba nie do końca świadomą wiedzą reżysera.
Sama opowieść zresztą też jest ważna –  polsko-żydowskie traumy, ale pokazane z jakimś takim przejmującym, uniwersalnym współczuciem i sympatią (mimo wspólnego źródła te słowa mają przecież odmienne znaczenia), a zatem tak – sympatią – dla wszystkiego, co w nas dobre: pragnienia wspólnoty, przywiązania, zabawy ale i sensu, wiary, porządku…

Nienawidzimy naszej zgrzebnej przeszłości – a on pokazuje jej niewinność, wstydzimy się swoich grzechów polskich, on pozwala je zaakceptować jako arcyludzkie, mamy ohydne słowa, których – wydaje się – nie sposób przeramować – np. “żydokomuna”. Tu żydokomuna została spersonalizowana – jako kobieta, która – będąc Żydówką i kobietą w tym kraju – nie poddaje się roli słabej, cierpiętniczej w jednej z wielu wersji, tylko w tej “komunie” szuka sobie tarczy, siły i jest (to takie trudne i rzadkie w feministycznych opowieściach!) silna, niedobra, a przy tym sympatyczna i prawdziwa.
Przychodzi mi tu na myśl, na zasadzie luźnego kojarzenia (ponieważ – jak to ze zniecierpliwieniem komentują moje dzieci, mnie się wszystko ze wszystkim kojarzy) Pani, która niedawno zmarła w Kopenhadze – rozmowa o przeszłości, źródłach siły i poszarpanych przez historię więziach :
janinakatz050610

http://wyborcza.pl/1,75475,14822755,Nie_zyje_Janina_Katz__polsko_zydowsko_dunska_pisarka_.html

Poema naiwne

W zbiorku domowych zapisków znalazłam taką rzecz. Razem z trzyletnią Zuzą coś tam robimy w kuchni. Jest lato, tuż po deszczu. Na niebie pojawiła się tęcza, ale my jesteśmy takie zajęte, że nie widzimy. Nagle: pac! Jej tato jest na podwórzu i – żeby zwrócić naszą uwagę – rzuca w okno czereśnią. Dzieciak zagapia się, zachwycony. Wreszcie się ocknęła, pyta co to, czemu… A zanim zdążyłam wyjaśnić –  biegnie na balkon i woła: „Tato, jak ty  to zrobiłeś?”

“Blue Jasmine” – czy warto żyć bezmyślnym życiem ?

Niezła komedia? Zaśmiałam się kilka razy na początku, a potem śmiech stężał w uśmieszek niesmaku. Swoją drogą, wciąż daję się nabrać na pseudorecenzje pisane często przez uznane nazwiska, zapominając, że oto kręci się karuzela promocji, że to jest produkt, który cwańsi ode mnie ludzie usiłują mi sprzedać.

Nie wierzcie zatem, że film Allena jest bardzo dobry. Ale też nie do końca to prawda, że starzejący się Allen jest jakoś bardzo inny niż tamten – wielki. On wciąż, konsekwentnie robi to samo – wkręca nas w, mniej lub bardziej smaczną, opowieść, subtelnie nasączoną gorzką prawdą, wynikającą z inteligentnej obserwacji. W sumie wali tę prawdę z niemałą, a nawet coraz większą bezczelnością, a świat ją posłusznie łyka, bo się przyjęło uważać Allena za modnego reżysera a jego filmy za lekkie tragifarsy. Ale też – niestety – przełyka się gładko, bez rozgryzania – skoro lekkie, to nie trzeba się ich prawdą za bardzo przejmować.

woody-allen-a-documentary-image-5-600x337

Po mojemu, chociaż smacznie doprawione, „Blue Jasmine” już zupełnie nie jest komedią –  a jeżeli farsą, to smutną, duszną, cierpko ironiczną. A przede wszystkim – nie sam film, ale opowiadany przez niego świat jest nudny i jałowy jak reportaż z dożynek.

I nagle zdałam sobie sprawę, że z allenowskiej przestrzeni powoli, ale doszczętnie wyparowali wszyscy intelektualiści. Gdzie oni się podziali, można by zapytać za Furedim*? Może zawsze byli tylko pięknym marzeniem, jakimś lustereczkiem pochlebnym, w którym miło było się Ameryce, a zwłaszcza nowojorskiej śmietance, przeglądać? W ciekawym świecie Allena snuli się po ulicach jak okularnicy Osieckiej zadając sobie neurotyczne, egzystencjalne pytania, zadręczali się nawzajem w cudownie przegadanych romansach, szukali pomysłów na filmy i książki, a czasem  wkręcali swoje cierpienie w wałek maszyny do pisania. Stopniowo znikali, stawali się coraz bardziej umowni i papierowi. Jeszcze się pałętał jakiś pisarz po „Przystojnym brunecie…”, ale tak grubo ciosany, że żal, iż nie pozostał przy chirurgii, jeszcze ktoś wywoływał cienie myślących ludzi z paryskiej przeszłości…Wprawdzie były to sylwetki schematyczne, karykaturalne, skrojone na miarę wiedzy o nich posiadanej przez pretensjonalnego mieszczucha, ale jakieś okno pozostawało otwarte, można było pooddychać chociaż wspomnieniami…No i finito. Bohaterowie „Blue Jasmine”, biedni i bogaci, zwykli zjadacze chleba, obiecujący politycy, studenci i dentyści – wszyscy jak jeden mąż, dotknięci są witkacowskim zbydlęceniem. Nikt tu nie myśli, nie zastanawia się, nie czyta broń boże niczego, nie komentuje nawet codziennej gazety. Kobiety – te dobrze i te źle ubrane – to po prostu samice, węszące za jakimś dorodnym samcem, który by je przyodziewał i karmił. Mężczyźni – chore neurotyczne zwierzaki, szukające fizycznego zbliżenia, by na chwilę rozproszyć lęk.

Czy wierzyć Allenowi? Czy taka jest Ameryka, albo może cały świat? Cała inteligencja i estetyka klasy wyższej sprowadza się do wystroju – piękne panie celują w doborze przedmiotów i ubrań, dobrze sytuowani panowie w doborze takich pań. Salonowe rozmowy bogatych, nudne do bólu zębów, dotyczą wyłącznie różnych sposobów zarabiania i wydawania pieniędzy. Biedacy – szkoda gadać, ci żyją w norach, dotkniętych nie tylko ubóstwem ale porażającym bezguściem i dla rozrywki wyrywają sobie ostatni kawałek pizzy. Na renomowanych uczelniach wykłady o ekonomii wygłaszają finansowi oszuści, zresztą ludzie „robią” studia tylko po to, by nie mieć nudnej pracy. No tak, skądś to znamy.

Bohaterka filmu, z werwą grana przez moją ulubioną Cate Blanchett, niesłusznie porównywana do sentymentalnej Blanche DuBois, równie bezmyślna i przyziemna jak wszyscy inni, jest szczególnie atrakcyjnym okazem węszącej samicy. Jej zalety – piękna twarz, wdzięk, elegancja, tak samo trywialne i pozbawione głębi jak prostoduszność jej siostry, są niczym więcej niż pawi ogon. Czy przypadkowa jest ta – migająca w tle – para kiczowatych pawi, wyhaftowana na ściennej makatce?

peacock

* Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?, Frank Furedi, przeł. Katarzyna Makaruk, PIW, Warszawa

Dlaczego przestałam je zjadać?

„…jeżeli zaś poeci także was nie poruszą, powinniście krok w krok pójść tuż obok prowadzonego na śmierć zwierzęcia.” John Maxwell Coetzee (“Żywoty zwierząt”)

Chyba tak. Tyle, że mnie poeta poruszył. I to dzięki niemu odbyłam wędrówkę przy boku zwierzęcia poddawanego gdzieś – pewnie niedaleko stąd – nie tylko zabijaniu, ale tej szczególnej procedurze współczesnej „śmierci industrialnej”. I w trakcie tej wędrówki przebudziłam się z uśpienia.

Wcześniej  – darzyłam wielkim szacunkiem np. tezy o horrorze zachodniego stosunku do zwierząt, hodowanych, zabijanych i poddawanych innym formom przemocy, prezentowane przez Elizabeth Costello (postać, powołaną do życia przez Coetzeego, chyba po to, żeby wyrażała najbardziej współczujące i wrażliwe rejony jego duszy). Ale na zimnym szacunku się kończyło. Nie poruszyło mnie, nie zmieniłam swojego sposobu życia.  Skończyło się na czytaniu i rozmyślaniu, bo nie zalazło mi to za skórę, nie przeszyło dreszczem oświecenia, nie otworzyło oczu i serca.

Jakiś czas temu poczęstowano mnie w księgarni „Tajne komplety” porcją wierszy, drukowanych na opłatkach. Lubię smak opłatka i to – niestety – przeważało nad moim uznaniem dla kolejnych utworów, zresztą zjadanie poezji, nawet niezbyt cenionej, naprawdę kręci. Tylko jeden wiersz oparł się tej perwersyjnej rozrywce, ponieważ wprawił moją duszę w silne emocjonalne wibrowanie: „Matki Boskiej Rzeźnej” Konrada Góry:

Matki Boskiej Rzeźnej

Masownica próżniowa
Detektor metali

Klipsownica
Detektor metali

Komora wędzarniczo – parzelnicza
Detektor metali

Szczeciniarka
Detektor metali

Piła do mostków
Detektor metali

Kostkownica
Detektor metali

Wycinarka jelita końcowego
Detektor metali

System natrysku półtusz
Detektor metali
System odprowadzania krwi technicznej
Detektor metali
Instalacja do odzysku krwi
Detektor metali

Linia ubojowa
Detektor metali
Kojec ubojowy
Detektor metali
Nożyce do nóg i kopyt
Detektor metali
Gilotyna do kopyt i rogów
Detektor metali                                                                                                                     1
Gilotyna do mięsa
Detektor metali

Odbłoniarka
Detektor metali
Opróżniarka jelit
Detektor metali
Oczyszczarka flaków
Detektor metali

Nastrzykiwarka dwunastoigłowa
Detektor metali
Nastrzykiwarka piętnastoigłowa
Detektor metali
Nastrzykiwarka dwudziestoczteroigłowa
Detektor metali

Klipsy do zaciskania przełyków
Detektor metali

Krajalnica automatyczna
Detektor metali

Rolownica szynek
Detektor metali
Maszyna rolowa
Detektor metali

Nacinarka ręczna do mięśni
Detektor metali
Nadziewarka próżniowa
Detektor metali
Kuter próżniowy
Detektor metali

Detektor metali
Detektor metali
Detektor metali
Detektor metali

I tak to właśnie było – potem już nie myślałam o nim wiele i nawet nie bardzo wiedziałam, co ze mną robił. Odłożyłam na półkę nietknięty opłatek – zupełnie straciłam  na niego apetyt. A zgrzytliwe wibrowanie pozostało i co pewien czas gdzieś w sobie je słyszałam.

Jakiś czas potem, uczestnicząc w spotkaniach Portu Literackiego – usłyszałam znowu – w ramach konkursu “Nakręć wiersz” zilustrowano ten kawałek  całkiem udatnie, zachowując jego nie-sentymentalny, oszczędny, pośredni sposób wzniecania – najpierw zadziwienia, a potem już tylko wstydu i przerażenia:

http://nakrecwiersz.pl/filmy/11-skarpark-detektor-metali/

…„jeżeli zaś poeci także was nie poruszą, powinniście krok w krok pójść tuż obok prowadzonego na śmierć zwierzęcia.”

 

„Wolałbym, niechby mi raczej lira była niestrojna i fałszywie brzmiała, niechby tam raczej chór, któremu bym przodował, niechby się ze mną większość ludzi nie zgadzała, a twierdziła przeciwnie niż ja, aniżelibym ja sam, jedną jednostką będąc, miał nosić w sobie rozdźwięk wewnętrzny i sprzeczne myśli wygłaszać”

top_dolphin_facts_2

Człowiek z Hawru

Kiedy byłam dzieckiem, na ścianie mojego pokoju wisiała amatorska kopia słynnych Słoneczników – namalowana dość nieudolnie, jednak z dobrym wyczuciem koloru . Tło i rama, otaczające przygaszoną żółtość bukietu, były bardzo niebieskie. Leniwie obserwowane przed snem – błękit i słoneczny żółty – wyciszały i rozmarzały. I tak mi  zostało – ten zestaw kolorów nieodmiennie wzrusza i uspokaja.

Dlatego z zachwytem przyjęłam grę w kolory reżysera filmu (Aki Kaurismäki) – błękitne tło we wszystkich odcieniach morza, w każdej scenie na nowo kontrastowane z ciepłą gamą szczegółu – od żółtego, przez rudy, do ostrej czerwieni.

LeHavre

Od pierwszej sceny polubiłam także głównego bohatera – delikatnego starszego pana o twarzy Bustera Keatona i eleganckich, powściągliwych ruchach zdradzających, że nie zawsze był pucybutem. Przywiązując się do niego, czułam rosnący niepokój – bo schemat, którego podświadomie oczekujesz, widząc wrażliwego człowieka zepchniętego na najniższą społeczną półkę to nawarstwiające się kopniaki losu, nieczułość ludzi i zmaganie się z upokorzeniami.

Coś tu  jednak od początku było nie tak. Prawości bohatera towarzyszyło ubóstwo i skromna codzienność – ale nie osamotnienie. Otaczała go aura lekkiej melancholii, ale nie depresji. A przede wszystkim – najprościej rzecz ujmując – otaczali go dobrzy ludzie. Ba! Dobrzy ludzie – ale co to znaczy? Nie wdając się w definicje i normatywne opisy, zaznaczę, że wierzę w ludzką dobroć, ale nie dzielę ludzi na dobrych i złych. Ludzie są wszak skomplikowani, niestali, ich dobroć zależy od humoru, zbiegu okoliczności, przypływu woli. I tacy też są “ludzie z Hawru”, a jeśli mówię: dobrzy ludzie, mam na myśli raczej to, że ich wspólnota, panujące w niej zwyczaje, codzienne rytuały – sprzyjają dobru.

Marcel Marx (André Wilms) and Claire (Elina Salo) Marcel Marx (A

Jakie zwyczaje? Krótkie, ale uważne wzajemne pozdrowienia, upodobanie do niespiesznej pogawędki, czasem odwaga szczerego pytania czy zwierzenia w “cafe-barze”. Drobne ale sumienne gesty życzliwości, a czasem – zwłaszcza kiedy komuś wiedzie się gorzej – szczodrości i solidarności. Czemu z tym wszystkim film nie razi naiwnością, ale raczej zaskakuje?  Nawet wtedy, gdy powtarzające  się małe codzienne akty dobrej woli przeważają szalę zła i dzieje się cud? I nagle pojmujesz – że wszechobecny błękit nie jest tylko formalną estetyczną zabawką albo zabiegiem ilustrującym nadmorskość Hawru.

Oto autor filmu na swój sposób opowiada nam o Niebie – tym miejscu wytchnienia i harmonii, do którego wszyscy tęsknimy, ale które zwykle mgliście sobie wyobrażamy. Podobnie jak nieuważnie słuchani przez nas mistycy i prorocy, Kaurismaki pokazuje, że Królestwo Niebieskie, choć nie jest z tego świata, może być na ten świat przywołane. Może zaistnieć w przestrzeni między ludźmi: przyjaciółmi, sąsiadami, nieznajomymi a nawet zupełnie obcymi, których prymitywny instynkt każe postrzegać jak intruzów. Ten instynkt, racjonalizowany, przybiera postać przepisów prawa, ideologii, nadludzkiego porządku – ale to wszystko mieści się w prostackiej logice walki o swoje. Poza nią jest tylko Człowieczeństwo, rozumiane jako coś, co ludzie dopiero mogliby zbudować – gdyby budowali wspólnie.

Prostej i pięknej wizji wspólnoty oraz sielankowemu zakończeniu towarzyszy ukryta ironia – to przecież nic trudnego, to mogłoby być, jest na wyciągnięcie ręki, a jednak cholernie nierealne – równie nierealne i rzadkie jak biblijne i mityczne cuda, które się “zdarzają, ale nie w naszej dzielnicy”.

LH-4

Festiwal filmowy

Dobre życie to życie zrównoważone. A festiwal filmowy to pełna nierównowaga – intensywne życie kinem, szalenie ponad średnią krajową, po prostu ucieczka od życia w kinowy trans. Ale – moim zdaniem – w dobrym, zrównoważonym życiu jest miejsce na takie przygody. Od wielu lat traktuję wrocławski festiwal filmów niehollywoodzkich jak szczotę duchową – oczyszczenie głowy z myślowych automatyzmów, regenerację wyobraźni, eksperymentowanie z rozmaitymi ludzkimi sprawami, o których nie wiedziałam lub zdążyłam zapomnieć. Wybieram filmy według własnego klucza – szukam ciekawych opowieści i twórców zwariowanych, ale kochających widza na tyle, aby go chronić przed własnym narcyzmem. Szukam ich intuicyjnie, próbując się przedrzeć przez opisy w programie, które wszak są dziełem ludzkim, a przecież  “każdy ma swoje kino”. Obejrzane filmy przeżywam intensywnie, a także – jak twierdzi zirytowana rodzina – zwykle nadinterpretuję – dopatrując się w nich sensów dla innych całkowicie nieobecnych. Tak już mam.